Ulubieńcy października 2015

Kolejny miesiąc minął, a ja nawet dobrze nie wiem kiedy. To pewnie, dlatego, że był dosyć intensywny. W październiku odwiedziły mnie dwie koleżanki i mama, a wiadomo time flies when you’re having fun, right?!

Rozpisałam się w październiku jak nie wiem, dlatego przejdę od razu do konkretów, bo naprawdę macie, co czytać. Wpis wyszedł mi długaaaśny!

Nasiona konopne

Ok, zanim sobie cokolwiek pomyślicie. To nie tak. To znaczy tak, to są nasiona tej konopi, ale to nie to samo, co palenie konopi ;). Nasiona konopi to jedne z tak zwanych superfoodsów. I nie, nie ma po nich żadnej śmiechawy, ani innych efektów psychoaktywnych. Są naprawdę bardzo bardzo zdrowe. Oczywiście spożywamy te łuskane i można je dostać w różnej postaci np. całe kuleczki, poszatkowane lub starte na proszek. Dlaczego nasiona te są takie super? Przede wszystkim dlatego, że zawierają zrównoważone w idealnej proporcji kwasy Omega-6 do Omega-3. Zawierają 10 aminokwasów i w 30% zbudowane są z białka najwyższej, jakości oraz 40% zawartość błonnika (największa zawartość spośród wszystkich nasion na ziemi). Mają ok. 2-4 % kwasu linolenowego, który jest niedostępny w większości żywności. W ich składzie znajdziemy też większość odżywczych minerałów jak wapń, potas, fosfor, żelazo oraz witaminy z grupy B i E.  Poprawiają profil lipidowy krwi i tym samym zmniejszają ryzyko miażdżycy, zawału serca oraz udaru.

Nasiona są wyłuskane i smakują… hmm, ciężko stwierdzić. Smak mają podobny zupełnie do niczego. Nie są pyszne, ale nie są też niedobre. Używam ich do posypywania owsianki lub sałatek i ich smak jest tam zupełnie nie wyczuwalny.

Peeling borowinowy Tołpa Spa Bio Anti Stress

Przyznam szczerze, że nie robię często peelingów ciała szczególnie teraz, odkąd w domu nie mam wanny tylko prysznic. Ale raz w miesiącu zdarzy mi się go wykonać ;) Do tej pory moim ulubionym był kawowy własnej roboty. Pisałam kiedyś o „przepisach” na domowy scrub tutaj i tutaj.  W ostatnim miesiącu powróciłam do borowinowego peelingu firmy Tołpa. To jedna z moich ulubionych polskich firm o czym mówiłam Wam już w ulubieńcach września. Tam też pojawiło się pytanie, czy Tołpa nie testuje na zwierzętach? Otóż Tołpa nie testuje, o czym piszą tutaj. Jednak firma należy do fabryki koncernu farmaceutycznego Torf Corporation, który testuje leki na zwierzętach.

Peeling borowinowy ma świetną, gęstą konsystencję. Ziarna są dość grube i bardzo efektywnie ścierają martwy naskórek, dzięki czemu łatwo wykonać nim dodatkowy masaż. Pachnie ziołowo, ale bardzo ładnie. Zawiera olejki eteryczne lawendy, geranium, szałwii i petitgrain (czyli z liści i pędów pomarańczy). Do tego sól morska, piasek wulkaniczny, łupiny kokosa i olej makadamia. Działa bardzo relaksująco i odprężająco, dlatego najbardziej lubię wykonywać go wieczorem. Peeling zostawia na skórze dość mocną, gęstą i tłustą powłokę, dzięki czemu nie potrzeba już sużywać żadnymi balsamów czy olejków.

Aplikacja Lumosity

O tej super aplikacji dowiedziałam się od mojej koleżanki Oli. Bardzo ją zachwalała, więc postanowiłam ją przetestować. Lumosity to aplikacja, a właściwie platforma do treningu naszego umysłu :). A treningi są niebyle jakie, bo są wynikiem współpracy z 40 najlepszymi uczelniami wyższymi na całym świecie.  Każda gra ma swoje podłoże w przeprowadzonych badaniach i tak np. Lost in Migration, to gra na pobudzenie selektywnej uwagi, która oparta jest na badaniach Franker Taska z 1974roku. Color Match (czyli dopasowanie kolorów poprzez barwę i słowo) inspirowana jest przez Scoop Task, która po raz pierwszy została opublikowana w języku angielskim w 1935 roku, jako sposób kontroli impulsów.

Jak konkretnie możemy ćwiczyć nasz mózg? Przede wszystkim na początku wybieramy, nad czym konkretnie chcemy popracować np. nad poprawą podejmowania decyzji w stresie, nieszablonowym myśleniu, lepszej organizacji, szybszego konstruowania argumentów. Ćwiczenia są w postaci gier logicznych, więc z pewnością nie jest to nudna apka z jeszcze bardziej nudnymi ćwiczeniami. Nauka poprzez zabawę to jest to, co lubię najbardziej. Jedynym minusem jest to, że aplikacja nie jest w pełni darmowa. Jeśli chcemy rozszerzoną wersję musimy zdecydować się na abonament. Bezpłatna wersja odblokowuje codziennie 3 różne gry i myślę, że szybko się nie znudzi :) Acha! Aplikacja dostępna na iOS i Androida.

https://www.youtube.com/watch?v=HWqFkA7OmGQ

Mydło do rąk JĀSÖN

Od wielu wielu lat – myślę, że jakiś 10 – zmagam się z przesuszoną skórą rąk. Wszystko zaczęło się odkąd zaczęłam pracować w pubie. Nieustanne moczenie dłoni, dźwiganie beczek i skrzynek nie wpłynęło na nie korzystnie. Choć w pubie nie pracuję już od dawna to problem pozostał i nasila się w okresie jesienno – zimowym oraz kiedy moje ręce spędzają dużo czasu w wodzie. Zauważyłam, że szczególnie źle wpływają na nie detergenty w postaci mydła i płynu do mycia naczyń. Staram się sprzątać w rękawiczkach choć nie zawsze mi to wychodzi. Od jakiegoś czasu poszukuje dobrego, delikatnego mydła. Zdecydowałam się na Jasön z Aloe Verą, bo jak już kiedyś Wam pisałam aloe vera jest świetna na wszystko! Ponadto firma produkuje kosmetyki z organicznych składników pochodzących z własnych upraw firmy.

To moje drugie opakowanie mydła. Pierwsze było różane, ale nie za bardzo przypadło mi do gustu, głównie ze względu na zapach.  Za to z drugiego jestem dużo bardziej zadowolona. Zauważyłam znaczną poprawę w kondycji skóry na dłoniach. Nie są tak bardzo przesuszone i skóra (w końcu!) nie pęka, co notorycznie zdarzało mi się w szczególności na opuszkach kciuków i palców wskazujących. Dużą wadą kosmetyków tej firmy jest niestety zapach. Przypomina kosmetyki, których używała moja babcia bardzo, bardzo dawno temu. Te aloesowe wydają mi się być najmniej nieprzyjemne. Plus jest taki, że po umyciu rąk zapach nie pozostaje na skórze. Cena również nie zachęca, ja za swój zapłaciłam ok £5,50, czyli 32,00zł za 473ml. Mydło jest bardzo wydajne. Wystarcza mi na długo, a ja naprawdę często myję ręce.

Blog Veganama

Pierwszy  raz o blogu Veganama przeczytałam u M.ORTYCJI. Marta we wpisie o „wegańskich opowieściach z całego świata” opowiada o tym jak to jest być weganką w Szwecji. Nie wiem jak to się stało, że nie zarejestrowałam w głowie bloga Marty. Całe szczęście jakoś w połowie miesiąca trafiłam na FB na Veganama po raz drugi! To nie mógł być przypadek! :) Spędziłam całe popołudnie zaczytując się w kolejnych wpisach Marty. Jak już wspomniałam Marta wraz z mężem i dwójką cudnych córeczek mieszka od jakiegoś czasu w Szwecji. Od prawie dwóch lat jest weganką i zdecydowała się na tę zmianę będąc w ciąży! To nie zdarza się często, bo jednak większość dziewczyn obawia się takich radykalnych zmian, kiedy spodziewają się dziecka. Ogromnie mi tym zaimponowała. Brawa dla Marty za odwagę i za to, że nie dała się zwieść stereotypom i mitom. Na blogu Veganama przeczytacie właśnie o tym jak być weganką w ciąży oraz po ciąży. Znajdziecie również garść przepisów, opowieści o tym jak się żyje w Szwecji, a to wszystko doprawione pięknymi klimatycznymi zdjęciami. Blog jest subtelny, minimalistyczny i świetnie się go czyta. Jest niczym „rozmowa” z dobrą koleżanką.

Lost Gardens of Heligan

MudMaid_JulianStephens©HeliganGardensLtd

Ostatnie dni października spędziłam w Kornwalii. Punktem głównym kilkudniowego wypadu były Zaginione Ogrody Heliganu. Jest to niesamowite miejsce rozłożone na ponad 80 hektarach ziemi. Z Lost Gardens związana jest niesamowita historia. Ponad 400 lat temu w posiadanie tego terenu weszła rodzina Tremayne. Stworzyli oni przepiękny ogród, który na przestrzeni kolejnych lat utrzymywany i rozbudowywany był przez kolejne pokolenia, aż do 1914 roku. Przed wybuchem I Wojny Światowej do pracy przy ogrodzie zatrudnionych było 22 ogrodników. 16 z nich poszło na wojnę i już nigdy z niej nie wrócili. Niestety wydarzenia te zapoczątkowały upadek tego pięknego raju na ziemi. Po wojnie ostatni potomek rodu Tremayen oddał posiadłość w dzierżawę i opuścił Anglię. Przez lata ogród zarastał. W czasie II Wojny znajdowała się tam baza amerykanów zaś w latach 70 część mieszkalną podzielono i zaczęto sprzedawać na mieszkania. Dopiero w 1990 roku po wielkiej niszczycielskiej burzy zupełnym przypadkiem ogród został odnaleziony na nowo przez Tima Smita (potomka rodziny Tremayne), który z grupą zapaleńców doprowadził ogród do dawnej sławy. Ogród jest przepiękny. Można w nim znaleźć wiele egzotycznych roślin i kwiatów oraz rzeźb jak np. Mud Lady (zdjęcie powyżej).  Jest to jedyne miejsce w Europie, w którym powstała plantacja ananasów pod gołym niebem tzw. Pineaplle Pit. Lost gardens podzielone jest na kilka części. Dwie największe to dżungla z egzotycznymi roślinami i mostem linowym oraz Ogród Północny z ogrodami warzywnymi i kwiatowymi. Ta część przypomina jednen z moich ulubionych filmów z dzieciństwa „Tajemniczy ogród”, którego reżyserem jest Agnieszka Holland. Odwiedzając Kornwalię, koniecznie zaplanujcie jeden dzień w Lost Gardens. Warto je odwiedzić o każdej porze roku, ale wiosną i latem są z pewnością najpiękniejsze.

Airbnb

To moje pierwsze doświadczenie z serwisem Airbnb. To naprawdę świetny serwis i nie słyszałam o nim ani jednej złej opinii. Najtrudniejszą rzeczą jest wybranie miejsca, w którym chcemy się zatrzymać. I bynajmniej nie, dlatego, że jest to skomplikowane. Po prostu jest ich bardzo wiele i bardzo wiele wygląda super. By sobie ułatwić ten proces najlepiej od razu określić swój budżet. Następnie czytamy opinie i wybieramy te miejsca, które mają dużo i jak najlepszy feedback. Najważniejsza rzecz to napisać do wynajmującego wiadomość (zanim cokolwiek zabookujecie), czy aby na pewno termin, w którym planujecie przyjazd jest wolny. Dobrym znakiem jest, jeśli ta osoba szybko Wam odpisze. Jeśli termin jest dostępny, gospodarz wyśle pre-booking i wtedy śmiało możecie robić rezerwację. My zatrzymałyśmy się w uroczej nadmorskiej miejscowości Mevagissey. Gospodarze byli przesympatyczni. Mieli przygotowane mapy, przewodniki i ulotki. Doradzili nam gdzie pójść na kolację oraz co możemy zwiedzić następnego dnia. Rano czekało na mnie pyszne wegańskie jedzenie, które było wliczone w cenę. Własnoręcznie wypiekany chleb, pyszne lokalne dżemy, sałatka owocowa i cała masa innego jedzenia dla „wszystkożerców” ;). Widok z okna na morze i latarnię morską był cudny, a w nocy błoga cisza pozwalała wyspać się za wszystkie czasy. Mavagissey to mała miejscowość, w której dominuje one way system, czyli przez większą część miasteczka prowadzi jedna droga na szerokość auta! Wymijanie się z samochodami z przeciwka oraz skręcanie w boczne uliczki (niejednokrotnie jeszcze węższe) graniczy z cudem. Przyznam, że poziom mojego stresu sięgał zenitu, ale dzielnie dałam radę przejechać Kornwalię bez najmniejszej ryski na aucie:)

Jeśli jeszcze nie korzystaliście z Airbnb to gorąco Was do tego zachęcam. Klikając poniżej możecie otrzymać ode mnie 75zł na rezerwację.

Zgarnij 75zł na swoją podróż z Airbnb

Rozpisałam się bardzo, ale mam nadzieję, że znaleźliście w tekście kilka ciekawych rzeczy.

Dajcie proszę znać, co wam najbardziej spodobało się w październiku? Macie swoich ulubieńców? Napiszcie. Może coś z nich stanie się moimi ulubieńcami w kolejnym miesiącu.

.

More from Evelina Lesniewska

Złoty eliksir na odporność

Uwielbiam ten sok, choć wielu krzywi się po jego wypiciu za pierwszym razem. Jest...
Read More