Projekt Półmaraton: tydzień #2

Drugi tydzień przygotowań za mną. Ach, co to był za tydzień! Pełen wrażeń i dramatycznych wydarzeń. Weekend zakończył się dla mnie nie najlepiej i dalsze treningi stoją pod znakiem zapytania.

W tym tygodniu 3 razy biegałam i zaczęłam 6 tygodniowy program boot camp. Pisałam wam w poprzednim poście, że są to 30 minutowe treningi HIIT.

Zauważyłam, że dużo piję wody, chyba jeszcze więcej niż wcześniej. Kupiłam sobie ostatnio nowy bidon (0,7 litra), gdzie mogę zaznaczać ile butelek wypijam w ciągu dnia. Miarka często wskazuje 4-5, a do tego dochodzi jeszcze litr wody po przebudzeniu i drugie tyle przed spaniem. Po treningach pamiętam o porządnym rozciąganiu i rollowaniu. W dni nie treningowe staram się dużo odpoczywać i zaraz po wstaniu z łóżka robić szybką rozgrzewkę (5-10 minut) by pobudzić krążenie.

TRENINGI

W tym tygodniu nie było łatwo. Myślę, że zeszłotygodniowe długie wybieganie na 8 km było zbyt dużym dystansem na tym etapie. Praktycznie cały tydzień zajęło mi dochodzenie do siebie. Krótkie dystanse były ciężkie do przebiegnięcia i kilka razy musiałam zmieniać bieg na marsz by dać nogom chwilę wytchnienia.

Projekt półmaraton tydzień_2

WAGA I WYMIARY

Waga 58 kg.
Biceps 27 cm

Biust 91 cm (-3 cm)

Talia 76 cm (-1 cm)

Biodra 96 cm (-2 cm)

Udo 51 cm (-3 cm)

Łydka 36 cm

Hmm… nie wiem, czy się źle zmierzyłam, czy faktycznie tak mi poleciały centymetry.

ZAPISKI Z DZIENNIKA

PONIEDZIAŁEK

Otwieram oczy, sięgam po telefon i patrzę, która godzina. Jest 7:20. Pora wstawać. Ruszam nogami by zorientować się jak się mają. Zakwasy? Brak. Zmęczenie? Minimalne. Dam radę pobiegać, choć może nie być łatwo. Już chcę się szykować do wyjścia, ale jak tylko odsłaniam okno zmieniam plany. Znowu leje, więc liczę, że po południu się poprawi. Ogarniam siebie oraz łóżko i postanawiam jechać na zakupy. Przed 8:00 rano parking Lidla świeci pustkami, co budzi duży uśmiech na moje twarzy. W spokoju mogę zrobić zakupy, bez stania w kolejkach i co najważniejsze, spokojnie wybrać to, co potrzebuję. Towar świeżo wyłożony, więc niczego nie brakuje. Kupuję trochę czereśni – £4 za kilogram! Polsko tęsknię za Tobą :( w wózku lądują też śmieszne brzoskwinie UFO i cała masa innych owoców i warzyw.

  • Śniadanie – 1 litr soku z 4 jabłek, połowy opakowania szpinaku, 3cm imbiru, 1/2 ogórka i 4 łodyg selera naciowego. Zielono mi!
  • II śniadanie – Reszta ryżu basmati z czerwonym curry (dynia piżmowa, szpinak, ciecierzyca)
  • Lunch – Dużo zupy jarzynowej i duży tost z hummusem i pomidorem.
  • Kolacja – 4 banany, amarantus, nasiona kakao, 2 orzechy brazylijskie, 1 łyżeczka cukru kokosowego

Dzień zleciał mi pracowicie. Poniedziałki to najbardziej produktywne dni w moim tygodniu. Uwielbiam je! Pogoda się poprawiła i teraz świeci piękne słońce. Po wcześniejszym deszczu nie ma nawet śladu. O 16:30 idę pobiegać. Dziś dystans 6,20 km. Jest ciepło, parno i duszno. Liczę, że opali mnie trochę słoneczko. Już po pierwszych kilkuset metrach wiem, że nie będzie łatwo. Ciągną mnie piszczele i nogi są jeszcze zmęczone po sobotnich 8 km. Ale się nie poddaję. Biegnę ile mogę, a kiedy czuję, że nie daję rady to maszeruję. Jest ok, choć nie jest łatwo.

Po powrocie do domu wypijam chyba wiadro wody i publikuję na blogu pierwszy tydzień projektu półmaraton. Przyjmujecie go bardzo dobrze, co mega mnie cieszy i jeszcze bardziej motywuje, Jesteście super!


WTOREK

Jak w każdy wtorek budzik zadzwonił za pięć szósta. Używam aplikacji Sleep Cycle, ale ostatnio coś jej się chyba rozregulowało. Aplikacja mierzy nasz sen i wybudza nas w najpłytszej fazie. Od jakiegoś czasu, kiedy nastawiam budzik na 6:25 alarm włącza się 6:20, czyli 5 minut wcześniej. Kiedy nastawiam go na 6:00 to wybudza mnie już 20 minut przed czasem. A przecież przez 20 minut to można jeszcze nieźle pospać!

Po nocy byłam mocno odwodniona, więc nawet się nie obejrzałam, kiedy wypiłam litr wody z cytryną. Makijaż, ubranie, suszenie włosów, mycie zębów, blendowanie smoothie, zapakowanie śniadania i lunchu do torby. Zapakowanie komputera i notatek do drugiej torby. Buty. Otwieram drzwi. STOP! Czy mam klucze do domu? Gmeram szybko w torbie przerzuconej przez ramię. Są. Uff… I już mnie nie ma. Siedzę w aucie w drodze do pracy i słucham podcastu Ariadny Wiczling o mitach tworzenia kursów online.

  • Śniadanie – Smoothie: 3 banany, 4 daktyle medjoo, czubata łyżka sproszkowanego masła orzechowego (PB2)
  • II śniadanie – 3 brzoskwinie UFO, 250 g borówek amerykańskich
  • Lunch – Warzywa na parze: brokuł, fasolka, szparagi, szpinak. 500ml soku z pomarańczy i czerwonego grejpfruta, który udało mi się wycisnąć rano przed wyjściem z domu.
  • Kolacja – Ryż basmati, zupa warzywna, 6 korniszonków.
  • Podwieczorek – Garść lub dwie miksu orzechów brazylijskich i włoskich, rodzynek, białej morwy i pokruszonych nasion kakao.

Nie wiem czy to stres spowodowany meczem Polska – Ukraina, czy nie zjadłam wystarczająco dużo kalorii w ciągu dnia, ale mam straszną ochotę na te orzechy. Przed spaniem wypijam jeszcze 1 litr wody z sokiem z jednej pomarańczy. Rozmowa z dziewczynami na Skypie się przedłuża, więc kładę się spać dopiero przed 23:00. Nic nie przygotowałam na  jutro, ale za to udało mi się popracować ponad godzinkę przy blogu. Zasypiam z buzująca od pomysłów i przemyśleń głową.


ŚRODA

Obudziłam się o 6:10 i bardzo mi się nie chciało wstać. Z przyjemnością pospałabym jeszcze z godzinkę. Za oknem znowu deszcz. Lato w Anglii nie rozpieszcza. Mam wrażenie, że odkąd nastało kalendarzowe lato pogoda postanowiła zagrać nam na nosie. Po szybkim prysznicu przygotowałam sobie dużą szklankę wody z cytryną (ok. 350ml), którą wypiłam robiąc makijaż. Dzisiaj jakoś szybciej się uwinęłam z szykowaniem i na przygotowanie śniadania oraz lunchu miałam całe 30 min. Na szczęście, bo wczoraj wieczorem nic nie zrobiłam i już się obawiałam, że będę musiała kupować coś w stołówce, a szczerze mówiąc nie bardzo za tym przepadam. Wybór jest cienki. Dziwi mnie to bardzo, bo mamy tu aż 3,000 pracowników i wiem, że przecież nie jestem jedyną weganką. W ogóle weganie w Bournemouth nie mają łatwego życia. Słaba jest tu dostępność wegańskich opcji, a restauracji gdzie serwują wegańskie posiłki jest tyle, co kot napłakał.

  • Śniadanie – Smoothie: 4 banany,  garść szpinaku, 250g borówek amerykańskich
  • II śniadanie – 3 brzoskwinie UFO
  • Lunch – 1/2 sałaty rzymskiej, 8 pomidorków koktajlowych, 1 jabłko, 2 orzechy brazylijskie, 5 orzechów włoskich, 1/2 awokado z dresingiem z pasty taniny wymieszanej z sokiem z cytryny. Makaron z warzywami (kalafior, zielona fasolka), sriracha, płatki drożdżowe, hummus.
  • Kolacja – 1/2 sałaty rzymskiej, 1 kolba kukurydzy, ryż, świeża bazylia, sezam, 1/2 awokado, sriracha, kotleciki sojowe

Cały czas mam ogromną chęć na tłuste produkty jak hummus, awokado i orzechy. Szczególnie hummus mogłabym jeść łyżkami. Chciałam dziś iść biegać, ale byłam strasznie zmęczona, dlatego postanowiłam porządnie się najeść i iść wcześniej spać. Niewiarygodne, ale usnęłam po 21:00.


CZWARTEK

Obudziłam się o 5:20 z zamiarem przebiegnięcia 6km. Na zamiarach się skończyło, bo znów padał deszcz! Powoli zaczyna mnie ta pogoda irytować. Wróciłam do łóżka na jeszcze godzinkę Niesamowite, ale przespałam prawie 10h! Czuję się za to dziś wyśmienicie i po pracy na pewno nie odpuszczę treningu:)

  • Śniadanie – 3 banany, 2 brzoskwinie, 1 kiwi, amarantus, ziarna kakaowca, kilka rodzynek
  • II śniadanie – 0,5kg czereśni
  • Lunch – Zupa krem z dyni piżmowej z kolendrą i dzikim ryżem.
  • Deser – Wegańskie brownie :)
  • Kolacja – Burger warzywny z duszonym porem i zielonym groszkiem.

Dziś Sue przyniosła do pracy sausage rolls, flapjacki, brownie i cheese sticks, które sama upiekła. Niestety nic z tych rzeczy nie mogłam zjeść, więc dla mnie kupiła wegańskie gluten free brownie! Mega mnie zaskoczyła i zrobiło mi się ogromnie miło. Zazwyczaj, kiedy w pracy świętujemy jakieś okoliczności nikt się nie wysila bym i ja coś dostała.

IMG_8189

PIĄTEK

Obudziłam się w nowej historii. Anglia zagłosowała za Brexitem, obywatele UK chcą wyjść z Unii Europejskiej. To bardzo smutny dzień. Od rana sms-owałam ze znajomymi z różnych części Anglii. Nie możemy w to uwierzyć.  Znajomi z Polski i z innych krajów Europy pytają, co się dzieje, jak się z tym czujemy. Ja jestem wściekła i jednocześnie bardzo mi smutno. Wielu emigrantów mieszkających w UK mówi, że czuje się przede wszystkim bardzo niechciana. Czuję się podobnie, choć nigdy wcześniej mieszkając w tym kraju tak się nie czułam. Do pracy docieram dziś dopiero po 13, ponieważ od rana miałam szkolenie przeciwpożarowe. Gasiliśmy ogień różnymi gaśnicami. Ognia nie ma, ale w całym kraju unosi się dym i niemiły swąd porannych wieści. Atmosfera w pracy jest okropna. Dochodzi do burzliwej rozmowy i od jednego z kolegów słyszę bardzo niemiły żart by pakować się  spadać skąd przyjechałam. Czuję się zawiedziona. Czyżby Anglicy wyrazili to, o czym myśleli, ale nie mieli odwagi powiedzieć wprost?!

  • Śniadanie – Owsianka na wodzie z mojego owsiankowego mixu, z bananem, borówkami oraz syropem klonowym.
  • Lunch – Sałatka (sałata lodowa, pomidor, czarne oliwki, pieczona ciecierzyca, kukurydza, kuskus) i warzywna zupa minestrone – dziś lunch ze stołówki w pracy.
  • Kolacja – ryż, świeża kukurydza, kotleciki sojowe, pomidorki koktajlowe, korniszonki.

Po pracy idę pobiegać, w końcu na nadmiar emocji najlepszy jest sport. Dystans 5,20 km wcale nie jest dziś taki lekki. Nogi wciąż mam zmęczone po sobotnim długim wybieganiu. To dzień pełen emocji, rozmów, spekulacji i zastanawiania się, co będzie dalej. Dzień kończę komedią z Cameron Diaz „The Other Women”.


SOBOTA

Budzi mnie blask promieni słonecznych bezczelnie przedzierających się przez białe płócienne zasłony. Otwieram oczy, przeciągam się i zerkam na telefon by zobaczyć, która godzina. Jest 7:20. To pierwszy ładny dzień od kilku dni. O 9:00 mam pierwsze spotkanie z mojego 6 tygodniowego programu boot camp. Nie wiem czy dziś będziemy ćwiczyć, ale teraz mam ogromną ochotę iść pobiegać,  więc ubieram się zakładam buty i już mnie nie ma.

Ulice koło domu w sobotni poranek są ciche i leniwe. Po drodze mijam kilka innych biegaczy, z którymi witam się szerokim uśmiechem. W Polsce biegacze pozdrawiają się podniesieniem ręki tutaj po prostu serdecznie się uśmiechają lub czasem mówią „Hey”. Ciężko mi się dziś biegnie, ale w 32 minuty robię 5 KM. Poprawiam swój czas o 4 minuty. To dobrze. Dobiegam do domu o 8:30. Rozciągam się, biorę prysznic i w biegu udaje mi się zjeść małe śniadanie.

O 9:00 jestem już na wprowadzeniu do boot campu. Trener Matt o zabójczo niebieskich oczach waży mnie, mierzy i wszystko skrupulatnie notuje. Na spotkaniu jest 6 dziewczyn. Każda z nas jest w innym wieku, każda innych rozmiarów i każda przyszła tu z innym celem. Przez 45 minut Matt i Rachel opowiadają nam jak będą wyglądały treningi przez następne 6 tygodni, czego możemy się spodziewać i na co powinniśmy zwracać uwagę. Rozmawiamy o dietach, regeneracji i naszych celach. Matt o 10:00 zaprasza nas na pierwsze zajęcia. Wszystkie decydujemy się zostać. Na sali jest około 20 osób. Już po kilku minutach po każdym leje się pot i mamy czerwone twarze. Każdy ćwiczy w swoim tempie, ale nikt się nie poddaje. Robimy pompki, przysiady, wykroki, podciąganie na TRX i wymachy (swing) z kettlebell, wspięcia na ławkę i wskoki i zeskoki na skrzynię. 30 minut mija nie wiadomo kiedy. Było super! Wracam do domu zmęczona, ale szczęśliwa. Już czuję te jutrzejsze zakwasy.

  • Śniadanie – 3 nektarynki, 2 x tost z hummusem
  • II śniadanie – Melon
  • Przekąska – Orzechy brazylijskie, włoskie, rodzynki i suszona morwa – przegryzam w czasie meczu.
  • Kolacja – pieczony batat, sałata, pomidorki koktajlowe, czarna fasola z czosnkiem w sosie pomidorowym.

O 12:00 ucinam sobie drzemkę. Śpię tak mocno, że ledwo wybudza mnie budzik, który nastawiłam by nie przegapić meczu Polska – Szwajcaria. Zwlekam się z łóżka i idę włączyć telewizor w living-u. Szybko się rozbudzam. Pierwsza połowa jest świetna! Błaszykowski znowu królem meczu wbija siatę Szwajcarom w 39 minucie. Gramy pięknie. W drugiej połowie już tak dobrze nam nie idzie. Dogrywka i w końcu rzuty karne. Co za emocje! Już prawie głos straciłam. Przechodzimy do ćwierćfinału!!!! Jestem dumna z polskiej drużyny :)

Wieczorem włączam Orange Is The New Black. Zobaczmy, o co tyle szumu. Bolą mnie bicepsy! Ciekawe, co będzie jutro.


NIEDZIELA

Budzę się po 8:00 i z trudem zwlekam z łóżka. Bolą mnie pośladki i uda, ale nie ma tragedii. Gorzej z rękoma, prawą ledwo mogę ruszać. Dzwoni tata i doradza, żebym zrobiła sobie lekkie ćwiczenia by rozruszać mięśnie. Faktycznie trochę to pomaga. Po śniadaniu wybieram się na Vegan Fair, który od wczoraj trwa w Bornemouth. Mam nadzieję, że uda mi się uniknąć tłumów i porobić trochę zdjęć, aby opisać wam na blogu jak było. Po festiwalu kręcę się z dwie godziny, ale prawe ramię nie daje spokoju. Wracam do auta i z trudem zdejmuję z ramienia torbę. Strasznie boli i ledwo prowadzę auto.

  • Śniadanie – Owsianka z borówkami, kiwi i wiórkami kokosowymi
  • Przekąski – na wegańskim festiwalu dużo próbuję wegańskich serów, felafel, masło orzechowe, kotleciki z kaszy jaglanej i indyjskie pierożki. Zjadam też – ze stoiska polskiej restauracji Mad Cucumber – roll z ciasta francuskiego z zieloną soczewicą.
  • Lunch – ryż z tofu, czarną fasolą i zieloną cebulką

W domu proszę Muriel (moją Francuzką współlokatorkę, aby trochę mi rozmasowała ramię i bark. Z minuty na minutę ból jest coraz gorszy. Łykam dwa Paracetamole i postanawiam wygrzać się w wannie z dodatkiem soli morskiej. Po 15 minutach muszę wyjść. Ból jest nie do zniesienia i przestaję czuć palce u prawej ręki. Z dużym trudem się ubieram i jadę na pogotowie.

Przy rejestracji czuję jak z bólu łzy napływają mi do oczu, ale się nie rozklejam. Czas oczekiwania 2,5h!!! Liczę, że pani w recepcji przypisała mi wyższy priorytet. Po pół godzinie woła mnie pielęgniarka. Oddycham z ulgą, ale nie na długo. Okazuje się, że ona robi tylko wstępny wywiad. Proszę o coś przeciwbólowego, bo ciężko już ten ból znieść. Dostaję dwa ibuprofeny i odsyła mnie znowu do poczekalni. Teraz mam czekać na lekarza. Po 15 minutach ból się znowu nasila. Nie jestem już wstanie go znieść. Żadna pozycja siedząca nie jest wygodna, a chodzić nie mam gdzie.

Proszę Panią w recepcji żeby poprosiła pielęgniarkę o silny lek przeciwbólowy. Każe mi usiąść i dopiero po 20 minutach podchodzi powiedzieć mi, że inna pielęgniarka zobaczy mnie jak skończy przyjmować pacjenta. Na tym etapie dosłownie wyję już z bólu, ale nikt nie wydaje się tym przejmować. W końcu pielęgniarka, która wcześniej mnie widziała wychodzi do automatu po batonik. Błagam ją o lek przeciwbólowy. Przynosi mi coś do wypicia, ale nie mam pewności czy to przeciwbólowe czy coś na uspokojenia, bo robię się otępiała a ból nie przechodzi.

W końcu – po całej wieczności – woła mnie lekarz. Wygląda jakby miał z 18 lat. Prosi bym podniosła rękę. Udaje mi się na jakiś centymetr. Już nie jestem w stanie nawet obrócić dłonią. Boli mnie obojczyk, łopatka a całe ramię od łokcia w górę aż płonie. Straciłam czucie w małym i serdecznym palcu, a pozostałe czuję tylko w połowie. Po minie lekarza widzę, że nie bardzo wie, co ma ze mną zrobić stwierdza jednak zerwanie mięśni barku oraz pyta czy mam w domu ibuprofen. Mówię, że nie i nie wydaje mi się, żeby to pomogło. Proszę by dał mi coś silniejszego. Wypisuje mi skierowanie na rehabilitację i na koniec postanawia jeszcze wysłać mnie na rentgen.

Znowu czekam około 20 minut. Pielęgniarka, która robi prześwietlenie pomaga mi ustawić odpowiednio rękę do zdjęcia. Od bólu robi mi się niedobrze i ciemno przed oczami. Łzy jak grochy kapią na podłogę, ale muszę wytrzymać. Znowu wracam do tej cholernej poczekalni. Tym razem lekarz woła mnie już po 5 minutach. Dostaję Codeine i od razu łykam dwie tabletki.

Muriel odbiera mnie spod szpitala. Docieram do domu około 20:00. Świat zaczyna wirować, a ja nie bardzo wiem gdzie jestem. Przeglądam się w lusterku. Źrenice mam wielkości główki od szpilki i wyglądam strasznie. Kładę się do łóżka i zasypiam. Choć ciągle boli teraz jest mi już wszystko jedno.


To był tydzień pełen emocji i historycznych wydarzeń. Po raz pierwszy Polska dostała się do ćwierćfinałów w Euro. Od piątku Europa nie jest tym samym miejscem, prawie 4 miliony osób podpisało już petycję o powtórne referendum. Najgorsze z tego wszystkiego wydają się być rasistowskie komentarze i czyny wobec Polaków i innych emigrantów oraz niewiedza Brytyjczyków.

Nie wiem jak będą wyglądały moje treningi w nadchodzącym tygodniu. Mam nadzieję, że szybko dojdę do siebie. Trzymajcie kciuki za mój szybki powrót do formy.

More from Evelina Lesniewska

Ekologiczny, organiczny, naturalny, wegański, fit

Co myślisz, kiedy słyszysz lub czytasz te słowa? Czy na myśl przychodzą Ci takie...
Read More