Dwa lata na weganizmie – podsumowanie

Niedawno obchodziłam drugą rocznicę przejścia na weganizm. Dokładnie w sobotę 9 stycznia minęło 730 dni bez mięsa, nabiału, jajek i wszelkich innych produktów pochodzenia zwierzęcego. W tym czasie unikałam także kosmetyków zawierających w składzie produkty pochodzenia zwierzęcego oraz testowanych na zwierzętach, nie kupowałam skórzanych, wełnianych czy jedwabnych ubrań i elementów garderoby.

W swojej szafie nadal mam skórzaną kurtkę, oraz skórzane buty i pasek, a także puchową kurtkę. Wszystkie te rzeczy kupiłam lata wcześniej zanim przeszłam na weganizm. Jedyną rzeczą, którą kupiłam niewegańską w ciągu ostatnich dwóch lat była używana puchowa kamizelka, którą wylicytowałam na eBayu. Pewnie zadajecie sobie teraz pytanie, dlaczego nie pozbyłam się tych skórzanych ubrań i na dodatek kupiłam coś okupione cierpieniem?

Uważam, że pozbywając się tych rzeczy nie przyczyniłabym się w żaden sposób do poprawy życia zwierząt, ponieważ te rzeczy były już kupione. Poza tym nie uważam by wyrzucanie czegokolwiek dla ideologii było słuszne. W tym wypadku to zwykłe marnotrawstwo i brak szacunku do zwierząt i pieniędzy.

Przez te dwa lata oszczędziłam życie 730 zwierzakom i 830 galonów wody, czyli jakieś 3,773 litry. Nie wiem jak dla Was, ale na mnie robi to wrażenie i daje poczucie satysfakcji. Jeśli też jesteście na diecie wegańskiej możecie sprawdzić wasz wynik w tym kalkulatorze.

Ok, ale co w tym czasie się wydarzyło? Jakie realne przełożenie weganizm miał na moje życie i na moje zdrowie? Postanowiłam, że napiszę Wam wszystko bez żadnej ściemy i koloryzowania. Bo to przecież byłoby bez sensu. Nie mam nic do ukrycia i chcę byście znali prawdę. Nie zawsze jest kolorowo i nie zawsze wszystko się udaje tak jakbyśmy chcieli. Każdy dzień przynosi coś nowego i cały czas się uczę. Poznaję nowe rzeczy, nowe smaki, nowych ludzi. W dziedzinie odżywiania, czy weganizmu nie mam się za eksperta ani żadnego guru. Wręcz przeciwnie daleko mi do tego. Jestem zwykłym człowiekiem tak samo jak i Ty. Poszukuję swojej drogi z przyświecającym mi celem, że chcę dla siebie i innych jak najlepiej.

Żałuję bardzo, że nie spisałam takiego podsumowania po pierwszym roku. To z pewnością był rok największych zmian. Swoją drogę do weganizmu – jak wielu – zaczęłam po obejrzeniu wykłady Garego Yourofsky we wrześniu 2013r. O tym, dlaczego przeszłam na weganizm pisałam tutaj. Z początku nie miałam pojęcia, co robić. Trochę działałam na czują. Trochę jak logika podpowiadała. Spokojnie i stopniowo eliminowałam kolejne produkty ze swojej diety. Szybko okazało się, że wcale nie jest to trudne i za niczym nie tęsknię. Nigdzie się nie śpieszyłam, do niczego nie zmuszałam. Eliminowałam produkty wtedy, kiedy czułam, że jestem na to gotowa. Robiłam tak jak podpowiadał mi mój organizm.

Pierwszy rok był niesamowity. Bardzo dużo czytałam książek związanych z weganizmem. Każdego wieczora oglądałam jakiś film dokumentalny czy filmiki innych wegan na YouTube. Chciałam dowiedzieć się jak najwięcej. Chłonęłam tę wiedzę jak gąbka. Kiedy poszłam na pierwsze zakupy wegańskie cieszyłam się jak dziecko! Przysięgam, że sprawiło mi to masę radości. Kupiłam wtedy 4kg bananów i mnóstwo innych owoców oraz warzyw. Nigdy wcześniej w swoim życiu nie wróciłam do domu z takimi zakupami i w takiej ilości. Byłam tym wszystkim bardzo podekscytowana i gadałam o weganiźmie NON STOP! Teraz myślę, że trochę przyświrowałam i niektórych nieźle terroryzowałam swoimi nowymi przekonaniami.

No dobrze, ale przejdźmy już do tego podsumowania. Podzieliłam je na pierwszy i drugi rok.

OGÓLNE SAMOPOCZUCIE

W PIERWSZYM ROKU

Pierwszy miesiąc był nieco trudny. Dosyć mocno odczułam detoks. Dużo spałam i odpoczywałam. Potem nastąpiła znaczna poprawa. Przybyło mi energii. Naprawdę dużo energii. Pojawił się też taki wewnętrzny spokój. Ciężko mi to opisać słowami. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie odczułam. Kiedy jemy mięso wraz z nim zjadamy wszystko to, co w danym zwierzaku było. Wszystkie związki chemiczne, jakie w jego ciele zachodziły, witaminy, minerały, aminokwasy, hormony itd. Zjadamy to, co nas odżywia i to, co nam nie służy. Tuż przed ubojem w zwierzętach wzrasta poziom stresu i w związku z tym zachodzą różne zmiany w strukturze jego mięśni i narządów. Niektórzy mówią, że zjadamy strach, który im towarzyszy. Jakkolwiek dziwnie dla Was to nie brzmi, przysięgam, że coś w tym jest. Jest to jednak coś, czego nie odczułam na diecie wegetariańskiej, a dopiero po przejściu na weganizm.

Poprawiła się również moja koncentracja, nastąpiła taka jasność umysłu. Przestałam odczuwać mentalne zmęczenie. Stałam się szczęśliwsza i bardziej kreatywna.

W DRUGIM ROKU

Stan ten cały czas się utrzymuje. Oczywiście już nie odczuwam tej różnicy tak bardzo, bo stała się ona dla mnie normą. Jasne, że czasem mam gorsze dni. Czasem jestem smutna, czasem czymś się martwię, ale jest to dalekie od stanów lękowych, depresji i ciągłego zamartwiania się, co w przeszłości mi się zdarzało. Nie jest to tylko zasługa tego, że przestałam jeść mięso, mleko i jajka. Nie chcę żebyście odebrali błędne wrażenie, że przechodząc na weganizm ogarnia nas jakaś niesamowita energia i spływa na nas moc pozytywnego myślenia niczym po prozacu. Ale myślę, że zmienia ono dużo w naszym podejściu do życia. Uważam, że moja wewnętrzna zmiana jest wynikiem dużej pracy nad sobą, a weganizm to zapoczątkował. Od lat poszukiwałam siebie i ta przemiana była mi bardzo potrzebna. Przez ostatnie dwa lata skupiłam się mocno na sobie i włożyłam wiele pracy w mój rozwój. Weganizm daje mi autentycznie wiele radości. Nawet nie wiecie jak potrafię się cieszyć na widok góry bananów, albo arbuza. Jak bardzo cieszy mnie każdy Wasz komentarz i miłe słowo.


ZDROWIE

W PIERWSZYM ROKU

Decyzja o zmianie diety w moim przypadku była podyktowana głównie zdrowiem. Przeraża mnie myśl o raku! Boję się tej choroby i bardzo bardzo nie chcę jej nigdy mieć. Drugą rzeczą jest moja tarczyca. Wspominałam Wam już, że od lat walczę z niedoczynnością i Hashimoto. Kto z was ma problemy z tarczycą wie jak pod wieloma aspektami uprzykrzająca życie jest to choroba. Brak energii, apatia, chroniczne przemęczenie, depresja, nerwowość, problemy z metabolizmem, ciągłe uczucie zimna, ospałość, brak koncentracji i tzw. „mgła mózgowa”. Nie lubię tej choroby. Nigdy jej nie zaakceptowałam i nie chcę się z nią pogodzić. Chcę się jej pozbyć i nie tracę nadziei (choć prognozy są znikome), że przyjdzie taki dzień, kiedy nie będę musiała już brać leków.

Skąd pomysł na to, że weganizm pomoże mi się wyleczyć i utrzymać dobre zdrowie? Jest wiele dowodów na to, że dieta roślinna składająca się z pełnowartościowych produktów pomaga w leczeniu wielu ciężkich chorób jak np. rak, choroby serca i układu krwionośnego, cukrzycy, choroby autoimmunologiczne czy choroby skóry.

Od przejścia na weganizm regularnie, co pół roku wykonuję badania krwi. Po pierwszych 3 miesiącach wyniki morfologii nie były rewelacyjne, a TSH było mocno podniesione powyżej 9. Po pół roku nastąpiła zmiana. Tym razem wyniki były idealne zarówno morfologia jak tarczyca. Nawet nie wyobrażacie sobie skali mojej radości. Po raz pierwszy od 15 lat (!) moje wyniki dotyczące tarczycy były idealne. Moja lekarka nie mogła się nadziwić. Oczywiście nie oznaczało to, że nagle mogę odstawić leki.

W DRUGIM ROKU

W 2015 dwukrotnie przeprowadzone badania pokazywały bardzo dobre wyniki. W czerwcu zaczęłam schodzić z dawki Euthyroxu. Przez cały czas czułam się świetnie i nie odczuwałam, żadnych złych sygnałów ze strony tarczycy. Ostanie badania krwi robiłam w grudniu tuż przed świętami. Morfologia bardzo dobra. Natomiast z TSH zadziało się coś dziwnego. Wynik z 2,3 skoczył do 10,87 w przeciągu kilku miesięcy. Górna norma to 4. Trudno mi było uwierzyć w to, co zobaczyłam na papierze, więc postanowiłam badanie powtórzyć po pięciu dniach. Tym razem wynik TSH pokazywał 16 (!). Przyznaję, że bardzo mnie to zdołowało. Lekarka nie jest w stanie wytłumaczyć, co się zadziało tym bardziej, że ja się czuję rewelacyjnie. Uznała, że w związku z tym będziemy leczyć wynik kliniczny, czyli to, co jest na papierze, a nie to, co faktycznie dzieje się w moim organiźmie. Widzicie TSH nie jest obrazem pracy tarczycy, a jedynie przysadki mózgowej. To, w jakim stanie jest tarczyca określa fT3 i fT4, które u mnie są w normie. Badania i leczenie będę kontynuować już w UK. Mam nadzieję, że uda mi się trafić na lekarza, który będzie próbował znaleźć przyczynę, a nie tylko podniesie mi dawkę leków. W między czasie dużo o tym czytam, dowiaduję się i próbuje dojść do źródła problemu. Jeśli macie jakąkolwiek przydatna wiedzę, która mogłaby mi w tym pomóc dajcie proszę znać w komentarzach.


WAGA I WYGLĄD

W PIERWSZYM ROKU

Dzięki aktywności fizycznej udało mi się powrócić do mojej ulubionej wagi 50kg. Waga ta bynajmniej nie jest ulubiona ze względu na cyfrę, a dlatego, że to waśnie wtedy najlepiej się czuję w swoim ciele. Może się Wam wydawać, że to niedużo, ale ja jestem drobną osobą – mam zaledwie 162cm wzrostu. Regularnie chodziłam na siłownię, biegałam i jeździłam na rowerze. Nie były to jednak godziny ciężko przelanego potu. Po prostu ćwiczyłam systematycznie, co drugi dzień. Miałam tyle energii, że musiałam ją jakoś spalić. Biegałam do 10 km. Treningi z obciążeniem pomogły mi fajnie wyrzeźbić ciało natomiast rower w okresie wiosenno-letnim był po prostu mile spędzonym czasem na świeżym powietrzu.

W pierwszych miesiącach na weganiźmie poprawiła mi się cera, za to zaczęły sporo wypadać włosy. Paznokcie stały się mocniejsze i szybciej rosły. Skóra na ciele stała się jędrna, delikatna i miła w dotyku Widać było, że jest dobrze odżywiona i nawodniona.

W DRUGIM ROKU

We wrześniu 2014 przeprowadziłam się do UK i od tego czasu stopniowo zaczęłam przybierać na wadze. Pracując w korporacji większość dnia spędzam – najzwyczajniej mówiąc – siedząc na dupsku! Bardzo mało się ruszam. Są takie dni, kiedy robię zaledwie 2,000 kroków. To tyle, co nic. Latem kupiłam rower i prawie codziennie jeździłam na nim do pracy. Teraz próbuję wrócić do biegania. Mam ambitny plan by przebiec na wiosnę półmaraton, ale póki co treningi nie idą mi za dobrze. Ja najbardziej lubię ćwiczyć rano niestety pracując od 8:00 to jest nierealne do wykonania. Po pracy wracam do domu ok 18:00. Nie muszę Wam chyba mówić jak bardzo chce mi się ćwiczyć po tym jak ugotuję kolację, zjem, chwilę odpocznę i kiedy za oknem jest już ciemno. Nie mniej jednak muszę to zmienić, bo bardzo brakuje mi ruchu, no i na liczniku mam do przodu 7 kg. I w tym momencie chcę zwrócić waszą uwagę na to abyście nie myśleli, ze weganizm to dieta odchudzająca. To jeden z większych mitów. Jeśli się nie ruszamy to bez względu na to, co jemy i jak jemy zawsze przybierzemy na wadze.

Ten rok zdecydowanie będzie rokiem powrotu do ćwiczeń także trzymajcie kciuki. Jest jeszcze jedna rzecz, o której chcę Wam tu powiedzieć. 7 kg na plusie to w moim przypadku dużo jednak zauważyłam, że siedem kilogramów na weganiźmie, a siedem na diecie „wszystkożercy” wygląda zupełnie inaczej. Jasne mam trochę tłuszczyku tu i ówdzie. Mam bardziej zaokrągloną buzię i pełniejsze kształty. I właśnie to jest ta różnica. Pomimo nadwagi wszystko jest jędrne a nie „ulane” sadłem. Czuję też, że sporo poszło w mięśnie. Cyferki na wadze trochę mnie przerażają, ale szczerze Wam powiem, że dobrze się ze sobą czuję a widok w lustrze jakoś mnie nie przeraża.

Od przyjazdu do Anglii bardzo pogorszyła mi się cera i aż do września tego roku zmagałam się z trądzikiem. Na szczęście znalazłam sposób jak skutecznie z nim walczyć. Wszędzie na głowie mam „baby hair”. Włosy nadal wypadają, ale mniej i szybko rosną. Myślę, że ich wypadanie związane jest z moją chorą tarczycą. Rzęsy są piękne, długie i mocne. Paznokcie również świetnie się trzymają, choć trochę je niszczę od czasu do czasu żelowym manicure. Skóra ma się wyśmienicie szczególnie, od kiedy zaczęłam wykonywać szczotkowanie na sucho.  Ogólnie – mówiąc nieskromnie – bardzo się sobie podobam :).


JEDZENIE

W PIERWSZYM ROKU

Bardzo kurczowo trzymałam się zasad RT4. Jadłam duże ilości surowych owoców i warzyw i tylko jeden duży gotowany posiłek. Nie od razu mogłam pochłonąć smoothie z 8 bananów, ale po jakimś czasie nie stanowiło to dla mnie większego problemu. Zawsze byłam najedzona i czułam się odżywiona. Szukałam nowych przepisów i testowałam różne potrawy. Bardzo starałam się urozmaicać swoje posiłki i skrupulatnie sprawdzałam, czy dostarczam wszystkiego, co mi potrzeba,

W DRUGIM ROKU

Głównie od kwietnia 2015 jem więcej gotowanych posiłków i mniej owoców. Moja dieta na tę chwilę zbliżona jest do diety McDougala. Niestety mieszkając w UK, a przynajmniej w mojej miejscowości nie jest tak łatwo jeść duże ilości surowych warzyw i owoców. Głównie ze względu na ceny. Kiedy latem arbuz kosztuje £10, a kilogram czereśni £6 to zwyczajnie człowiekowi chce się płakać. Jedyne miejsce gdzie mogę kupować owoce i warzywa są duże markety lub pobliskie organiczne farmy, które są bardzo drogie. Pod tym względem Polska jest o wiele lepszym krajem dla wegan. Owszem mam tu dostęp do egzotycznych owoców, ale co mi po nich, kiedy ja chcę zjeść prawdziwe truskawki?!

Wegańskich restauracji czy miejsc, w których można zjeść wegańsko jest tyle, co kot napłakał i w dodatku nie powalają smakiem. Lepiej i smaczniej już ugotować coś sobie w domu. Z tego też względu zdarzyło mi się dwa lub trzy razy zjeść coś, co w składzie miało mleko lub jajko. Głownie, dlatego, że czegoś nie zauważyłam czy nie doczytałam, albo kelner się pomylił. Gdy tylko mogę staram się wybierać opcje wegańskie, ale czasem po prostu się nie da, a czasem zwyczajnie coś przeoczę. Nie ma, co z tego powodu rwać włosów z głowy i porzucać swoich przekonań. Popełniłam też kilka świadomych grzeszków:

  • w listopadzie zjadłam kawałek urodzinowego brownie mojej przyjaciółki, a także
  • na święta makowiec i raczej nie był on wegański oraz
  • odrobinkę śmietankowego tortu mojej chrześnicy, która ma urodziny 24 grudnia. Tak, w wigilię śpiewamy „sto lat”.

To ostatnie mocno odchorowałam i więcej nie dam się namówić, na coś czego nie chcę jeść. Czy to czyni ze mnie niewegankę i hipokrytkę? Nie! Przynajmniej nie w moim odczuciu. Weganizm to nie rygor. Śmieszy mnie, kiedy ktoś mówi nie możesz zjeść tego czy tamtego. Możesz – ale nie chcesz. I to jest ta różnica. O ile w wyjątkowych sytuacjach jestem w stanie przymknąć oko na niewielkie ilości jajka i masła tak zdecydowanie nie byłabym w stanie tego zrobić z mięsem. Smak i zapach mięsa mnie odrzuca na samą myśl o tym, a fakt, że zwierzę zostało celowo zabite żebym mogła się najeść stoi mocno w opozycji z moimi poglądami. Na tę chwilę to po prostu jest coś, czego nie jestem w stanie przeskoczyć. Naprawdę musiałabym przymierać głodem na jakimś pustkowiu by zjeść mięso.


Czy mi czegoś brakuje? Czy za czymś tęsknię? Absolutnie nie! Nie mam zachcianek na śmieciowe żarcie, choć chipsy z octem są moją słabością, na która od czasu do czasu sobie pozwalam. Nie brakuje mi serów, choć nie ukrywam, że nie było łatwo z nich zrezygnować. Jak każdy mam nieraz ochotę na słodkie, ale wystarczy mi wtedy zjeść kawałek gorzkiej czekolady. Sporadycznie zdarza mi się zjeść wegańskie słodycze jak np. ciastka czy żelki, albo batonik. Jednak nie są to rzeczy, które znajdziecie normalnie w moim domu. No i w wegańskich knajpach nie odmawiam sobie ciast. Zawsze muszę jakiegoś spróbować.

Podsumowując moje ogólne samopoczucie jest wyśmienite, choć jest kilka rzeczy, nad którymi w tym roku z pewnością będę pracować.

Na koniec mam dla Was propozycję. Chcę zrobić dla was Q&A więc jeśli macie jakieś pytania – jakiekolwiek – mogą dotyczyć one weganizmu, mnie, tego co robię, gdzie mieszkam etc. jednym słowem wszystko to, co chcecie wiedzieć, a boicie się zapytać ;) to napiszcie je w komentarzach pod tym postem, w mailu na hello@veganisland.pl lub na Facebooku. Zbiorę je wszystkie i przygotuję dla wpis z odpowiedziami.

.

More from Evelina Lesniewska

Kartki z dziennika: „Życie nie polega na tym, by odnaleźć siebie”

Kartki z dziennika to seria wpisów, jakimi są zapiski związane z życiem i przemyśleniami podczas i po mojej wędrówce...
Read More